poniedziałek, 31 grudnia 2012

Znaczenie szczęścia.

Chciałam tak trochę też podsumowując ten rok, napisać coś od siebie. Zbieram się już do tego dość długo. Powątpiewam w siebie, w to co piszę, przepraszam.

Mimo wszystko tu chciałabym pochwalić się, że jestem szczęśliwa. Jestem, i to naprawdę.
Szczęście to dość pojęciem względnym, i myślę, że każdy z Nas postrzega je inaczej.
Ba, nawet jestem pewna, że tak właśnie jest. Ale zapytani 'Czym jest dla Ciebie prawdziwe szczęście?', co tak naprawdę byście odpowiedzieli? Czy wymienialibyście w nieskończoność wszystko to, co daje Wam poczucie satysfakcji, być może właśnie szczęścia? Czy wahalibyście się przypuszczając cokolwiek? Czy określilibyście się w pewności i odpowiedzieli mi z uśmiechem?
Czy może nie mielibyście odwagi odpowiedzieć? Wiecie, ja tej odwagi nie miałam. Nie miałam odwagi przyznać się, co daje mi najwięcej. Przez co jestem szczęśliwa, dzięki czemu. A może i bałam się przyznać, że tylko w tym widzę tak wiele, że zapominam o całej reszcie, która dla mnie naprawdę jest czymś jednak nie tak ważnym, jak człowiek, w którym nieraz streściłam siebie samą. Momentami sama nie potrafię tego zrozumieć. Momentami sama gubię się w tym wszystkim,
i przebijam myśli zastanawiając się jak jeden człowiek, jak jedna dusza, jak jedno serce, które jest przecież tak daleko ode mnie, może zastępować wszystko to co mam tak blisko? Jak? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Może ma w sobie to coś, czego brakuje mi samej. Może jest tym czymś, czego potrzebuję najbardziej. Moja psychika często miażdży, mój tok myślenia jest dość przerażający,
ale spokojnie, wiem gdzie powinnam ugryźć się w język, a gdzie postawić kropkę kończąc zdanie.

Być może każdy z Was miał kiedykolwiek taką swoją bratnią duszę. Kogoś wyjątkowego i jedynego. Kogoś takiego, kto w prezencie dostał nasze serce i trzyma je jak najbliżej swojego, kto we własnych dłoniach podtrzymuje całe nasze życie. Przyjaciela. Różnica psychik, blizny po miłości, nieporozumienie serc, strach, obawa, dziś nie wierzy się już w przyjaźń damsko-męską.
Chłopakowi nikt przecież nie zastąpi najlepszego kumpla. Dziewczynie, przyjaciółki, która przecież jest jak siostra. Naprawdę nie rozumiem niektórych przekonań, niektórych uprzedzeń.
A jak jest z odległością? Czy kilometry potrafią zniszczyć uczucia? Czy marna liczba potrafi poróżnić dusze, czy potrafi przez siebie przekreślić wszystko? Wycisz myśli, i teraz zastanów się jak to jest, jak jest u Ciebie. Kto choć raz nie przekonał się na własnej skórze o czymkolwiek,
nie ma prawa przewracać następnej strony bez przeczytania przynajmniej zdania jej wstępu. Więc jak jest? Widzisz bezsens, czy może wręcz przeciwnie wyłapujesz z treści znaczenie? To ja jestem jedną z tych, dla których to coś nadzwyczajnego, coś co ma sens. Przyjaźń, damsko-męska, odległość. Każdego nowego dnia, wstając rano wiem, że dziś będzie dobrze, kładąc się spać, wiem, że kiedy wstanę nic się nie zmieni. Wiem to, bo wierzę.
Wierzę w uczucia. Wierzę w ludzi. Wierzę w Nas, we mnie i w Niego. Nie boję się.
Nie boję się upaść, ani dotknąć dna bo wierzę, że jest ktoś,
kto wyciągnie dłoń i za chwilę znów będę na górze, i znów będę szczęśliwa.

A.

piątek, 21 grudnia 2012

wstyd

był niby tak jak inny, zwykły facet, około 20-stki brunet, ciemne oczy, jak malowany, jak z obrazu. ona niby zwykła kobieta, młoda, też około 20-stki, piękna, jak z filmu, blondynka, o błękitnych oczach, niewysoka. poznali się chyba na jakiejś imprezie. tak, to była domówka jego kumpla. a ją zabrała koleżanka, bo nie chciała iść sama.jak wiadomo, alkohol i inne używki robią swoje, ale nie u nich, oni nie dali się ponieść chwili. rozmawiali, do samego rana, siedzieli na tarasie i rozmawiali wpatrzeni w siebie. brzmi jak dobra książka romantyczna. zaczęli się ze sobą spotykać. ona była jak to się mówi, z dobrego domu, ojciec miał własną firmę, dzięki czemu mogła pozwolić sobie praktycznie na wszystko. a on? dalej mieszkał z rodzicami, liczył każdy grosz, skończona tylko zawodówka. jak się przy przy niej czuł? jak śmieć, kochał ją, ale czuł się jak ścierwo. nic nie warta pomyłka.nie mógł zapewnić swojej dziewczynie dobrobytu, a to wręcz ona się nim zajmowała. nie umiał się z tym pogodzić, chciał dać jej wszystko, gdyby miał jak kupiłby jej cały świat, ale jak skoro chwilami nie było go nawet stać na chleb? siedział nocami w prawie pustym pokoju i myślał, myślał o niej i o tym, że zasługuje na kogoś bardziej wartościowego. ona? nosiła drogie ubrania, w sklepie praktycznie nie patrzyła na ceny, nie musiała się tym przejmować. on? pięć ubrań na krzyż i stary, ledwo działający telefon, który nadawał się jedynie na złom. kochali się, ale on nie chciał tak dalej żyć. nie chciał być już nikim. ale nie umiał też wziąć się za siebie ani niczego postanowić, czuł się tak bezradny, że ugrzęzł w miejscu.


kiedyś może ciąg dalszy, normalnie spadam, bo zaraz wypluje płuca. bless..

niedziela, 16 grudnia 2012

czy to tam u góry to Bóg?

chyba dochodzę do pewnych rzeczy, sam powoli, małymi krokami. lecz nadal nie wiem czy Bóg istnieje, może gdzieś tam jest, może on tylko nas stworzył, a teraz wszystko zostawia nam, żebyśmy sami wybrali jak chcemy żyć, ale przecież nie możemy sami wybierać, bo są jego wysłannicy, księża, którzy niby głoszą jego słowo, ale oni tworzą zło, nie kochają bliźnich, przecież tępią homoseksualistów, transseksualistów i wszystkich innych ludzi, którzy choć trochę odstępują od norm. ale kto w końcu napisał Biblie? Bóg, czy człowiek? bo Biblia mówi '' Kobieta nie ma wkładać żadnej szaty krzepkiego mężczyzny, a krzepki mężczyzna nie ma nosić płaszcza kobiety; gdyż każdy, kto tak czyni, jest obrzydliwością dla Jehowy, twego Boga.'' jeśli mówił to Bóg, to oznacza, że nie kocha każdego człowieka, że jednak się brzydzi ludzi innych.. a przecież to nie jest ich winą.. przecież to nie jest naszą winą, że tak chciał los, że nie jesteśmy tacy jak wszyscy ludzie.. a jeśli napisał to człowiek, to jest to oznaką, że istnieją  tym świecie potwory, które są śmiałe nas sądzić.. słyszałem, też gdzieś jak ksiądz powiadał ''homoseksualiści nie tworzą społeczeństwa, jeśli każdy na świecie byłby homoseksualny to rasa ludzka by wyginęła.'' ktoś odpowiedział mu na to ''szanowny ojcze, gdyby każdy na świecie byłby księdzem katolickim także nie byłoby społeczeństwa'' a przecież wiemy, że te dwie rzeczy nigdy nie będą realne. nie chodzę do kościoła chyba tylko przez księży i przez to wszystko tak wątpię w Boga.. może to wszystko się kiedyś zmieni.. a teraz przysłowiowe AMEN.

sobota, 15 grudnia 2012

dla nich homo niewiadomo.

nie wiem dlaczego tak jest, naprawdę nie wiem. tyle nienawiści wobec bliźnich, tyle zła na tym świecie, bo ktoś różni się od nas, a przecież Bóg nakazał nam kochać.. jak można woleć żeby dziecko spędziło dzieciństwo, okres w którym powinno być najszczęśliwsze pod słońcem w domu dziecka, w miejscu, które tylko publicznie nazywane jest domem, ale chyba domem szatana, piekłem.. tylko dlatego aby nie miało dwóch tatusiów, lub dwóch mam.. przecież jeśli ma się kochającą rodzinę, rodziców, którzy oddali by za Ciebie życie i starali się aby było Ci jak najlepiej to reszta nie powinna się liczyć. nie powinna liczyć się opinia osób trzecich.. przecież jeśli ma się miłość to nie ważne pod jaką postacią są osoby, które nas kochają, ważne, że są na dobre i na złe, cokolwiek się dzieje zawsze staną za Tobą, rodziny trzeba bronić, ona jest wszystkim. zdania i  argumenty osób przeciwko homoseksualista i tępieniu ich, wynikają jedynie z totalnego braku tolerancji i zerowego procentu empatii.

wtorek, 23 października 2012

wszystko pękło w pół..

siedzisz, cieszysz się życiem, a tu nagle wszystko pęka w pół. Ty siedzisz dalej i milczysz, bo nie wiesz co powiedzieć, co zrobić. masz ochotę wyjść na ulicę i wykrzyczeć głośno czego chcesz, ale nie wiesz jak ubrać uczucia w słowa, więc zamykasz się w pokoju, zasłaniasz okna i nastaje ciemność. tylko Ty, żyletka i głucha cisza. słyszysz jakieś głosy, ktoś szepcze żebyś zrobił kilka kresek na ręce. zaciskasz pięść i przestajesz czuć cokolwiek, odpływasz, wyłączasz się z realnego świata. siedzisz zapatrzony w ścianę, nie wiesz co masz robić, bo czujesz się mordercą. zabiłeś wszystko co było dobre w Twoim życiu, zabiłeś miłość i przyjaźń i całe swoje życie. trzęsą Ci się dłonie i żyletka upada na podłogę, sięgasz po nią i dostrzegasz rękę całą we krwi. teraz modlisz się o śmierć, a przecież chciałeś tylko aby ktoś Cię kochał, nic więcej. chciałeś tylko mieć kogoś obok, nic więcej. chciałeś tylko czuć się potrzebny, nic więcej. wstajesz, podchodzisz do ściany i własną krwią piszesz list do szatana. dwieście razy ten sam zwrot, ta sama błagalna prośba ''please kill me'' nie chcesz już niczego więcej. po policzku spływają łzy, wołasz mamę o pomoc, ale przecież jesteś sam w domu. zamykasz oczy i przypominasz sobie ich słowa, bo to one ranią najbardziej. przypominasz sobie każde słowo, każdy gest i sam zadajesz sobie kolejne rany, jesteś samobójcą. całujesz jej zdjęcie. wstrzymujesz oddech i sięgasz po kuchenny nóż, podcinasz sobie gardło. ona poczuła dotyk Twych ust na swoich wargach, w momencie, w którym Twoje serce przestało bić.

sobota, 20 października 2012

to nie jest życie..



Siadam na parapecie i odpalam szluga, wsłuchując się w melodię kropek, które bez żadnego wstydu tworzą muzykę swojego życia. Patrzę w szybę i widzę w niej swoje odbicie,  i widzę kroplę deszczu spływającą po szybie, to jakby moja łza spływająca po policzku. Zagłębiając się w te smutny obraz można dostrzec wrak, a nie żyjącego człowieka, od kilku lat tylko wegetuję, mój oddech jest coraz bardziej płytki.. to nie człowiek, to jest coś, coś z zapadniętymi i przećpanymi oczami, coś z gnijącym ciałem, bez duszy w środku..  moje funkcje życiowe powoli zanikały jak gwiazdy na niebie..  sięgam po kieliszek i piję za jutrzejszą pogodę, aby zniknęły chmury i wreszcie wyszło słońce..  modlę się do dziadka, rozmawiam z nim o życiu po śmierci, jestem ciekaw, co mnie czeka, bo nie chcę tak żyć, tak wegetować, powoli zdycham jak pies.. pytam co u niego i już żyje mu się wśród aniołów. Drżącym głosem błagam go o pomoc, proszę by ukazał mi rano na niebie te siedem kolorów tęczy, które powodują uśmiech u człowieka. Patrzę na ludzi pod parasolami, chowających się przed ulewą. Ten parasol i deszcz t tylko przenośnie, ci ludzie boją się świata, chowają się przed prawdziwym życiem. Nie chcą zostać zranieni, oszukani i wyrzuceni jak śmiecie, więc budują mur obronny przed tymi hienami i sępami, przed tymi którzy żerują nad naszym nieszczęściem.. patrzę na jej zdjęcie, w jej oczach widzę tylko pustkę. Była tam taka szczęśliwa i uśmiechnięta, uśmiechała się do nie, ale myślała o innym, była dla mnie wszystkim, a ja dla niej niczym, nie byłem jej potrzebny. Kładę głowę na poduszkę, zaciskam dłonie na mojej szyi i zaczynam ściskać coraz mocniej, to już koniec cierpień, koniec życia, tylko we śnie znajdę szczęście..

wtorek, 16 października 2012

czasem tak jest.

Czasem bywa w życiu tak, że sami nie wiemy co dla nas jest dobre.
Z buciorami pakujemy się w przestrzeń uczuć, zazwyczaj po to by poczuć jak straszliwie boli stanie z boku, jak boli widok własnego szczęścia omijającego nas dziennie parędziesiąt razy.
Czas? Wyrywa nam jakby serce i chwilowo doszczętnie łamie kość po kości, bo tak zabawniej.
To jak pieprzona gra, grasz o szczęście, o własne uczucia, o ich odwzajemnienie a gdy upadasz eliminują Cię inni, ci lepsi od Ciebie gracze, którzy z łatwością przyswajają sobie wszystko to co Twoje pozostawiając przy tym jedynie ból.
A kiedy już choć raz naprawdę przegrasz, bądź wstrzymasz grę, stracisz coś na zawsze.
Wieczorami będziesz myśleć o złych ruchach i źle postawionych krokach dążąc do spełnienia własnych marzeń. Będziesz obwiniać się, a gryząc wargi do krwi zagłuszać krzyk poduszką. Będziesz dusić się przeszłością, tamtym powietrzem i zapachem krążącym wokół.
Będziesz taki jak ja, wrak człowieka, już nigdy do końca nie odzyskasz tego,
co choć raz w życiu straciłeś.

tak, wracam. A.

niedziela, 14 października 2012

anonim

istnieją na świecie tacy ludzie, którzy zwyczajnie się siebie wstydzą. boją się pokazać własną twarz, lub nawet przedstawić imieniem, nie rozumiem tego. cisną innym, czasem nawet każdemu kto tylko się natrafi, nawet jeśli nie znają, a oceniają, wypowiadają się na różne tematy nie mając o nich pojęcia. ludzie, którzy mnie nie znają mogą mnie nawet zmieszać z błotem, a ja i tak wyjdę z tego z czystą koszulką, mam taką kurwoodporną tarczę, która chroni mnie przed ich gównem. ich zdanie mnie tak pierdoli, że aż dochodzę, he. tak wiem, teraz pewnie będę dla nich pedałem, bo przecież coś mnie pierdoli.
myśl co chcesz, nawet jak wejdę na szczyt, dla Ciebie nie osiągnę nic. zawsze będę zerem i kimś najgorszym. napluj mi w twarz, a Twoja ślina się odbije i wrócisz z oplutym ryjem, wiem czego chcę i ile jestem warty, trzeba mieć dystans do siebie, by przyjąć to co mówią ludzie. jeden załamie się kompletnie, opinią innych ludzi, tak jak ja kiedyś.. a inny będzie miał a to wyjebane na całej linii, tak jak ja teraz.

sobota, 13 października 2012

przyjaźń przez internet.

nie wstydzę się przyjaźni przez internet. mam przy sercu kogoś, kto ciałem jest daleko, a daje mi kurwa siłę by kruszyć skały.. często, gdy jest już naprawdę ze mną źle, po prostu jej o tym mówię, czasami mnie opierdoli i powie, że niepotrzebnie się dołuję, że równie dobrze mógłbym się czymś zająć i nie myśleć o czym co sprawia, że zbliżam się do depresji, ale czasem po prostu mnie wysłucha i porozmawia ze mną, powie coś, co sprawi że na mojej twarzy znów pojawi się uśmiech. bywają takie przyjaźnie gdzie o wiele bardziej prawdziwa jest przyjaźń internetowa od realnej, owszem zdarzyło mi się tak. została mi już tylko jedna osoba, z którą utrzymuję przyjaźń przez internet. jest to moja szanowna współwłaścicielka bloga. ale czy to źle? odpowiem może.. nie, to nie jest złe, to nie żałosne, że tak się poznaliśmy, bo dzielą nas kilometry, a ja naprawdę wskoczył bym za nią w ogień, lub wypłynął na głęboką wodę, bo jest częścią mojego życia i szanuję ją i chcę tej przyjaźni zawsze, bo ona jest podporą, jest powodem, dla którego warto wierzyć w ludzi, aby ufać, że istnieją jeszcze Ci których nie zmienił świat, i ona jest takim przykładem. czas przemija, a ona się nie zmienia, wciąż tego chce, choć często ranię i nie raz zawiodłem. w realu pewnie nawet nie zwrócilibyśmy na siebie większej uwagi, a dzięki temu, że jest internet mogliśmy się poznać i mam nadzieję, że to nigdy nie pójdzie w zapomnienie..

znów ćpam.

przyszedłem do Ciebie pod dom z nadzieją, że mnie ogrzejesz w swoich ramionach. byłem cały roztrzęsiony, cały się telepałem z zimna, cały we krwi, źrenice powiększone jak jeszcze nigdy, zupełnie przećpany i pobity. pięć minut przed przyjściem pod Twój dom dopadło mnie trzech gości, którym byłem winny pieniądze za towar. wiem kochanie co mówiłaś, dokładnie pamiętam twoje słowa ''Piotrek to Cię niszczy, zostaw to ścierwo, bez tego też da się dobrze bawić i żyć..'' ale problem był w tym, że ja nie umiałem, tylko dobra trawka odciągała mnie od problemów. wkraczałem wtedy w swój świat i żyłem tak jak ja tego chciałem, a nie tak jak widzieli mnie inni. żyłem zgodnie ze sobą, a nie zgodnie z odbiciem w oczach ludzi, którzy tak naprawdę nawet mnie nie znali, a potrafili ocenić choćby po sposobie chodzenia. jeśli się woziłem, to już byłem chuliganem niegodnym szacunku innych ludzi. a jeśli chodziłem normalnie stawałem się zwykłą ciotą, która boi się nawet własnego cienia. więc zacząłem ćpać, a potem wciągać biały proszek, nie.. nie przez stówkę, bo nie święcę forsą żeby furać przez pieniądze. później chciałem spróbować czegoś mocniejszego, ale odciągnęłaś mnie od tego, dziękuję Ci za to i także przepraszam, bo dziś znów stoję pod Twoim domem cały zjarany, z trzęsącymi się dłońmi, z prośbą byś wyszła, bo nie mogę sobie poradzić.. stoję i marznę, i czekam, a Ciebie nie ma, poznałaś kogoś, zaczęłaś być szczęśliwa, a ja pojawiłem się znów, z nadzieją, że wrócisz tak jak zawsze. lecz Ciebie nie ma i chyba nie przyjdziesz, spóźniłem się, a chciałem Ci zaśpiewać piosenkę, którą dla Ciebie napisałem..

sobota, 22 września 2012

nieważny schemat.


Co z blogiem? Z mojej strony to koniec. Bo nie wszystko jest tak, jak być powinno.
Zrozumiałam, że to co było kiedyś, nie ma szans wrócić już nigdy więcej.
Zrozumiałam, że pomimo wszystko warto walczyć o to, czego potrzebujemy, co kochamy,
bo gdy choć raz się poddamy odkładając przy tym wszystko to,
bez czego tak na prawdę już nigdy nie będziemy w stanie żyć normalnie, stracimy to na zawsze. Zrozumiałam, że w życiu bywają upadki, przez które każdy z nas skreśla z życia to co ma,
ale wiecie co? Każdy z nas popełnia błędy, których mimo to nie będę żałować nigdy,
które może zostawiają w sercu czy na nim głębokie blizny, które nie znikną nigdy,
ale.. dziś zostawmy je za sobą, zostawmy je gdzieś daleko,
i żyjmy tym co mamy, tymi których mamy. Dziękuję, A.

życie..

nie wiem, czy to odpowiednie miejsce i czas.. ale nie widzę już sensu nawet w samym byciu, w szybki tempie wszystko traci znaczenie, już nawet powietrze. po co ono jest? mi już nie jest potrzebne, chciałbym się zamknąć w pokoju, w którym nie byłoby powietrza, szybka, bezbolesna śmierć.. byłoby perfekcyjnie. po co jest słońce, skoro ja zdecydowanie wolę noc? bo nie widać moich łez, nie widać tego co przeżywam, ani uczuć na mojej twarzy, która na dzień dzisiejsze pokazuje jak jestem słaby. po co uśmiech? jeśli ja od pewnego czasu używam go tylko na pokaz by nikt nie domyślił się jak jest mi ciężko i że ten uśmiech to tylko maska, pod którą kryje się rozpacz. po co miłość? ciągłe krzyki, awantury, później chwila ciszy i radość, bo wreszcie zaczyna się układać, po czym ukochana bez słowa Cię zostawia.. po co przyjaźń? skoro po pewnym czasie wygasa, jak kupiona w kiosku zapałka, już nie ma przyjaciela, który kiedyś Cię wspierał, nie liczy się dla niego już to co było i idzie do przodu nie patrząc w przeszłość, a ja? ja wciąż patrzę i płaczę, że właśnie tak to wszystko się toczy, jak żelazna kula, której nic nie zatrzyma. czy wszystko u mnie w porządku? nie, nie jest w porządku,  nie jest okej ani nie jest super, najchętniej w tym momencie przyłożył bym sobie lufę do skroni i pociągnął za spust, albo poszedł na wieżowiec, skoczył i w locie na glebie strzeliłbym sobie w łeb, żeby wszyscy widzieli jak jadowite jest samo życie. bo to właściwie życie kopnęłoby mnie w dupę na tym wieżowcu i dlatego bym spadł. w ciągu tygodnia wylałem nie zliczoną ilość łez, serio nie da się ich zliczyć, a powód? także mi nie znany, chyba po prostu ja, życie, problemy, które siedzą w mojej głowie, życie które już dawno powinno się zakończyć, powinien zostać po mnie już tylko nagrobek i piękne kwiaty przy nim, od bliskich znajomych i rodziny, jeśli w ogóle by zapłakali.

chcę żyć  
odeszłaś z tego świata, nie wiem dlaczego
chyba Bóg tak chciał, zostawiłaś mnie samego
dziś na niebie jesteś jedną z gwiazd
nocą bezchmurne niebo pokazuje kilka prawd
w konstelacji gwiazd widzę obraz nas
patrzysz na mnie z góry i słyszysz płacz
krzyczę byś po mnie przyszła, ale wiem
że nie możesz, schowałem me serce w sejf
nie otworzy go już nikt, dziś wiem czego chcę
chcę dołączyć do Ciebie, słychać głośny dźwięk
to dźwięk łamanych kości, człowieka który skoczył
poszedł na dach i rzucił się w otchłań ciemnej nocy
z trzydziestego piętra na sam dół, idę do Ciebie
idę duszą do nieba zostawiając ciało na glebie
odszedłem tylko na chwilę, byłem na zaraz wracam
teraz jestem już obok, ta gwiazda jest już nasza



także ja chyba końce z ty blogiem, zostawiam to pani A. ja wymiękam, siema. a Tobie.. powodzenia..

niedziela, 9 września 2012

jaki jest sens?

Czasami mam wrażenie, że po prostu tutaj nie pasuję, że jedyne co dzieli mnie z całą resztą,
to granica, którą skreślam na starcie, której nie znając zwyczajnie nie jestem w stanie przekroczyć.
Nie dlatego, że jest zbyt potężna przy czym z pozoru wydaje się nawet tak nieosiągalna dla takich jak ja, ale dlatego, że wewnątrz przeważa strach. Wewnątrz mnie. Strach, przed kolejnym dniem, przed kolejnym pustym wieczorem w którym bez opamiętania na palcach będę wyliczać swoje własne błędy, rozważać każde przeciw biorąc przy tym pod uwagę kilogramy słów, jakie być może nigdy nie powinny przejść nawet przez przełyk. Bo jaki sens jest w okazywaniu uczuć, tylko po to by chwilę później je stracić? Jaki sens jest w przełamywaniu serca wręcz na dwie równe połowy, próbując oddać jedną część komuś, kto dla nas jest kimś idealnym na jej posiadanie, a chwilę później przekonać się, że my sami nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, by posiadać siebie choć we fragmencie serca tej drugiej osoby? Jaki sens jest kochać, kiedy tak naprawdę nie wiemy kiedy jedynym wyjściem jakie nam pozostanie, będzie przestać? Czasami zastanawiam się czy w ogóle rozumiem siebie samą, czy rozumiem to czego chcę i czy nie gubię się w tym czego potrzebuję.
A potrzebuję naprawdę niewiele, momentami kwestionuję nawet czy to na pewno wszystko czego mi potrzeba. Czy o czymś nie zapomniałam pomijając maleńkie szczegóły całości,
bo skreślając wszystko inne tylko po to by kierować się bzdurnymi uczuciami, które i tak odkąd pamiętam nie miały w sobie najmniejszego znaczenia, przywiązuję największą wagę nie do tego jak dziś jest dobrze, a do tego co dziś mogłabym zmienić by z pozoru na chwilę było lepiej.

sobota, 25 sierpnia 2012

jak masz na imię?

siadam przed biurkiem, z szuflady wyciągam kartkę i długopis. zaczynam pisać list,
chociaż tak naprawdę nic o Tobie nie wiem, nie znam Twojego imienia, widziałem Cię tylko raz,
ale mam nadzieję, że nie ostatni. nie pamiętam już prawie wcale jak wyglądasz.
pamiętam tylko smukłą sylwetkę w blasku latarni. uciekający cień,
gdzieś za rogiem pięciogwiazdkowego hotelu, do którego weszłaś i zamknęły się za Tobą drzwi,
na klucz, bym nie mógł wejść, bo nie sięgam do wyższych sfer, do tych, do których Ty należysz.
Dziś tylko nadzieja mi została, nie wiem jaką jestem osobą, ale wiem,
że oddychałaś za mnie przez te kilka minut, gdy moje płuca przestały pracować,
a upadłem na ziemię. zanim Cię zobaczyłem była we mnie tylko nienawiść, wszyscy uważali,
że wypowiadam słowa, bez serca, czuli mój zimny oddech na swoim ciele. nie pomyśleli nawet,
że ja tylko zakładam przed nimi maskę i wciąż gram kogoś kim nie jestem.
nie mam pewności czy przeczytasz to co piszę, ale muszę opowiedzieć Ci coś o sobie,
o moich problemach, o kilku bzdurach, przelać na papier wszystko co siedzi mi w głowie.
Jestem człowiekiem zbyt uczuciowym w tym skurwiałym świecie, swego czasu tylko szluga,
była moim jedynym przyjacielem, moim bratem było milczenie, dogadywaliśmy się bez słów,
dokładnie wiedział co mnie boli. mieliśmy tajemnice, o których nie wiedział i nie dowie się nikt.
raz wyszedłem na spacer, z dziewczyną, z którą perfekcyjnie umieliśmy się ranić,
co dnia podcinała mi gardło, a do świeżych ran dosypywała soli, opowiadała rzeczy,
o których wolałbym nie wiedzieć. krzyczałem jak opętany, aby przestała,
ale na jej twarzy widział wtedy szyderczy uśmiech i zaczynała mówić, dalej.
powili zaczęła zmieniać moje serce w zimny głaz. moi kumple widząc na ulicy czarnoskórego przyjaciela, krzyczeli i wyzywali go od najgorszych, jakby to kolor skóry mówił wszystko o człowieku.
gonili za nim z nożem, widziałem w jego oczach strach, a w ich źrenicach podnosił się poziom adrenaliny, zwykła zabawa-dla nich. dla niego-codzienność, której nie jest w stanie zmienić.
jestem marzycielem, a nie realistą, pragnę tego co niemożliwe, by ludzie mogli się zmieniać,
odnaleźli gdzieś pomiędzy chmurami zrozumienie, aby w powietrzu wyczuli jak świat się zmienia.
kręci się ziemia, a wraz z nią kształtuje się coraz więcej zła, niektórzy mówią, że to bzdura,
zbyt przejmujesz się jutrem. żyję przeszłością, wiem co to teraźniejszość, płaczę przez przyszłość,
bo nie wiem co mnie czeka. czasem chciałbym żeby moje serce było sługą, moim nie Twoim, mógłbym powiedzieć, kogo ma kochać, kogo wyrzucić z środka i zamknąć się na zawsze. a Bóg?
Biblia nie mówi nam wiele, nigdy jej nawet nie czytałem, ale wiem, że on istnieje,
nie warto go oceniać, dał nam życie, a to jak je wykorzystamy zależy jedynie od nas.
wielu w niego nie wierzy, bo nigdy go nie wdzieli. nie wierzyć w niego,
to tak jak nie wierzyć w miłość, przecież jej też nikt nigdy nie widział, a jednak dla wielu z nas skarbem,
jedynym powodem by żyć, wciąż iść, zasypiać w nocy modląc się o lepsze jutro.
po policzkach płyną mi łzy, jedna spada na list do Ciebie, rozmazuje się atrament,
tworząc jakby zaszyfrowaną wiadomość, a już chciałem się żegnać, z nadzieją, że włożę go do skrzynki,
a Ty otworzysz kopertę, no i przeczytasz ten krótki list.. ale nie mogę tak tego zostawić..
nie potrafię odczytać tej wiadomości, ani zawartego w niej przekazu, a może to wołanie o pomoc,
tych dzieci, które wołają o pomoc, co noc z piekła, zwanego dobrym domem, a tak naprawdę..
nie mają już wolnego miejsca na ciele, bo wszystko ich boli. ojciec alkoholik, a matka się boi,
przestraszeni czekają na kilka porad, ode mnie. bo matka nie rozumie, że to ich zabija,
to się nie nazywa życiem, takie pojęcie jest im całkiem dalekie. zamykam oczy by na chwilę odpocząć. widzę krew i łzy. za winklem, pod ścianą leży dziewczyna, młodego wieku, może trochę starsza ode mnie.. rozdarte ubrania, niektóre rozrzucone gdzieś po kątach,
a ona leży bez ruchu, po jej policzku cieknie już chyba setna łza, słychać sygnały niebieskich,
bo szuka jej policja, zrozpaczona matka nie wie gdzie jej córka, martwi się o nią jak nigdy wcześniej,
a ona leży zgwałcona w zaułku przez kumpla. zagłębiam się bardziej, szukam słów w głębi duszy.
w łóżku leży kobieta, nad łóżkiem krzyż, a pod nim kilka zdjęć. nie znam tej kobiety,
ale wewnętrzny ból mówi mi, ona straciła swoje dziecko. na początku było okej,
ona czuła swojego synka obecność. czuła każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
oddychali razem, tak równo i czysto. cieszyła się, że nosi w sobie drugie życie, wiedziała,
że jest za niego odpowiedzialna, bo on nie jest w stanie bez niej funkcjonować, ona bez niego też,
ciągle chodziła uśmiechnięta i zarażała tym szczęściem wszystkich ludzi. lubiła, gdy mały w nocy ją kopał,
a ona nie mogła przez nią spać, szeptała czule, że zostanie najlepszym piłkarzem, bo jest jej synem, najlepszym dzieckiem pod słońcem. po kilka miesiącach coś się wydarzyło,
kobieta przestała czuć swoje maleństwo, a jego malutkie serduszko przestało bić,
widziałem we śnie co się stało. jej także przestało bić, w momencie kiedy podcięła sobie żyły.
bo straciła sens życia, z chwilą jego odejścia. przekazałem Ci każdą moją myśl, mam nadzieję,
że przekażesz to ludziom swoimi słowami, które trafią do ich głów i serc. kocham Cię..
i już wiem jak masz na imię, zaczyna się na M a kończy na A.
powiedziałbym siemasz mała, ale to nieodpowiednie słowo. Ty płyniesz we mnie, trafiasz przez uszy,
w krwioobieg. piszę na dole Twój na zawsze, dobranoc kochana. wielu pomyślało pewnie,
że to zajebista panna, a to tylko muzyka, która dla mnie jest wszystkim.

piątek, 17 sierpnia 2012

marny scenariusz.


Wiesz jak to jest widzieć pustkę w oczach, w których wcześniej  streszczała się każda z blizn, najmniejsze zadrapanie ukazywane w wspomnieniach, w których widziało się wszystko inne,
a przede wszystkim siebie? Zawsze to na czym stałeś zależało tylko i wyłącznie od niej.
Tylko ona decydowała o tym, gdzie pójdziesz, czy się cofniesz, czy pójdziesz dalej,
przed siebie, a teraz znów sam gubisz się we własnych myślach.  Stoisz tu i myślisz co zrobić,
żeby znów się na Ciebie spojrzała, jeszcze raz, chociaż ten ostatni raz, ale ona już nie chce,
bo Twoje życie to fałsz. Plon kłamstw, który ciągle się poszerzał.
Kłamstwo za kłamstwem stworzyły tor rollercoaster, z którego nawet Ty sam nie potrafisz wysiąść.
Błędny schemat, nieodwracalna decyzja, kiedy jakby swoje serce zamieniasz na coś o wiele cenniejszego, na kogoś w kim opierasz więcej niż tylko jego nierównomierne uderzenia czy wewnętrzny ból, a własne życie. Przeszłość już dawno oddzieliłeś grubą kreską i nie jesteś w stanie do niej wrócić, choćbyś prosił o to Boga nocami, to wiesz, że jest to całkowicie niemożliwe, bo oddałeś serce komuś, kto był tego wart, lecz Ty nie byłeś w stanie tego docenić. Twoje ego było zbyt wielkie by zająć się kimś, a nie tylko sobą, Twoje życie prywatne i większość spraw było ważniejsze od niej. Ona tęskniła bardzo, lecz chowała to pod imprezową maską, by nie było widać jaka jest słaba. A teraz? Ty zostałeś sam, bo nie byłeś w stanie zobaczyć, jak wiele ona jest w stanie dla Ciebie poświęcić i błaganie o pomoc nic tu nie da, przeszłości już nie ma, jest teraźniejszość no i przyszłość, którą tylko Ty zawsze możesz zmienić. Bywa, że jedyne co masz to tą szarą przeszłość, te fragmenty wspomnień wpisane gdzieś pomiędzy myśli i stare odłamki rozbitego szkła wsunięte głęboko pod łóżko.
Pamiętasz tamte noce, ten destrukcyjny stan, krwotok i silne uderzenie łez,
pamiętasz doskonale każdy ruch i każde słowo wpisane w liście od niej.
Parę chwil później? Marne próby podniesienia się z gleby, echo czyiś słów i niknący w tle sygnał karetki. Respirator ratujący kolejne nieudane życie, kolejny człowiek przekraczający granicę, zatrzymywany głuchym wołaniem, jak sceny z filmu, parę dni wcześniej nawet przez myśl nie przeszłoby Ci, że obsada głównej roli będzie należeć tylko i wyłącznie do Ciebie. A tak naprawdę to ten cały scenariusz filmu, zależy jedynie od Ciebie. Ty powinieneś wybrać czy będzie to dramat, czy może jednak komedia, ale pozostawiłeś wybór komuś, kto ciągle o Tobie zapomina i tak serio to jest Ci zupełnie obcy. Jest daleko i staje się głuchy, gdy Ty leżysz i nie jesteś w stanie się podnieść, jeszcze nie raz przygniata Cię butem, by dobić kogoś kto i tak już stał się wrakiem. Bo wiesz.. jedyne co Ty dziś potrafisz to użalać się nad sobą i wsłuchiwać się jak Twoje tętno zanika. To już koniec Twojego życia, bo nie ma już was i została tylko wyblakła fotografia, wspólna chwila, zatrzymana na wieki, która może kiedyś znaczyła wiele, ale dziś nie jest warta niczego więcej.
Dziś wiesz, że jesteś pionkiem w grze, ona wchodzi do pomieszczenia za szybą i obserwuje jak toczy się rozdanie. Kolejna scena, zabija Cię Twoja miłość, chowasz się za drzewem i już nie wiesz co masz zrobić, podobno ten film to dramat, wszyscy wiedzą jak to się skończy, mimo wszystko Ty dalej próbujesz coś zmienić, jednak wziąć sprawy w swoje ręce, to jest Twoje życie, nie czyjeś, Twój scenariusz życia i to przecież Ty decydujesz o tym, co będzie na tych kartkach.

tiqu Per, ANUL YO - razem.

wtorek, 14 sierpnia 2012

to nie była żadna miłość..


Chciałbym wymazać wszystkie wspomnienia, być człowiekiem bez przeszłości.
bo gdy zamykam oczy, widzę Ciebie przed sobą, jesteś wielki, a ja wciąż jestem tylko małym dzieckiem.. choć już w moim życiu Ciebie nie ma, wciąż jesteś w snach.. Chciałbym temat dzieciństwa oddzielić gruba kreską, ale to wciąż siedzi mi w głowie i wciąż płaczę przez Ciebie kurwo.. Swoim butem zdeptałeś mi psychikę i teraz nadal sobie nie radzę, alkohol i tabletki nasenne to moja recepta na szczęście, trzeba wiele czasu i specjalistów, pracy nad sobą, żeby przestać się bać.. Nadal czuję na ciele te since, mimo że już nie jestem małolatem i minęło sporo czasu, ja czuję jakby to wszystko działo się wczoraj. To upokorzenie jak kazałeś mi się przed Tobą rozbierać, po czym mnie katowałeś, musiałem stać pod zimnym prysznicem kilka godzin, za nic, a w sumie to za Twoją marną przeszłość, przez którą wyżywałeś się na mnie i na mamie.. miałeś poważny problem ze sobą, chcieliśmy tylko Twojej miłości, a Ty tak nas traktowałeś.. Przed sąsiadami grałeś dobrego męża i ojca, a gdy przekraczaliśmy próg mieszkania, stawałeś się diabłem, już nie byłeś dobrym ojcem, lecz moim wrogiem. W pokoju jest cisza, a ja znów w przedpokoju słyszę Twoje kroki, bierzesz skórzany pas, jego metalowa klamra uderza o kafelki.. czuję zapach alkoholu i tej taniej perfumy.. po policzkach spływa mi pierwsza łza, to ukryty wewnątrz tej słonej wody strach.. Dziś czuję tylko obrzydzenie, nauczyłeś mnie jak postępować by nie stać się takim sukinsynem jak Ty.. ścierwo z Ciebie, nie miałeś przyczyny, byłeś najebany jak zawsze, uderzyłeś mamę, po podłodze płynęła krew.. płakała, ale nie widziałem w jej oczach strachu, chcieliśmy tylko normalnie żyć.. Ty nigdy nie sypiałeś, każdej sekundy odbierałeś mi mój honor, byłem potężny, lecz w ciele małego dziecka.. Pamiętam jak przychodziłeś do mnie w nocy.. robiłeś ze mną to co chciałeś.. zaciskałem zęby i dać się ponieść wyobraźni, odpłynąć gdzieś daleko do krainy marzeń, by nie czuć tego bólu.. po czym wracałeś zadowolony do łóżku, a moja poduszka była już cała mokra, od tych łez, które leciały nawet kiedy już nie chciałem.. oglądałem bajki, pierwszy raz od dłuższego czasu, a Ty podszedłeś od tyłu i założyłeś mi na głowę worek, do dziś czuję Twoje ręce na mojej szyi zaciskające się coraz mocniej.. mam coraz mniej powietrza, nie jestem w stanie wziąć oddechu, zanikający puls.. łzy mamy, gdy przemywała mi ranę, od rozbitej na mnie butelce, pamiętam to była kara za to, że skończyła Ci się wódka, nie byłem winny, kurwa co za wstyd.. przeszedłem piekło, ale to wiele mnie nauczyło, biorę głęboki oddech i już się Ciebie nie boję, nie me Ciebie już w moim życiu.. do niewidzenia..

czwartek, 9 sierpnia 2012

to tak niewiele.

być może łączyło nas coś więcej, coś w stylu miłości, do której zapewne żadne z nas
nigdy by się nie przyznało, ale wiesz  to było coś na jej wzór, coś na wzór tej, która dawała siłę.
być może byliśmy dla siebie kimś lepszym,
kimś znacznie ważniejszym niż ludzie za których się uważaliśmy,
a nie było nam pisane żyć obok, żyć dla siebie, po prostu. w życiu? przegrałam wiele walk.
wiele tych, kiedy osiągnięta porażka była skutkiem poddania się, parę z nich skończyło się przedwcześnie, gdy ot tak zabrakło mi sił. były również te, w których najważniejsze było to by wygrać, by osiągnąć coś więcej, skupiając się na szczegółach zapominając o reszcie, zapominając o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. ale istnieją gdzieś zabliźnione we mnie i te, gdzie poległam, bo nie było przy mnie ludzi, którzy pomogliby podając zaledwie swą dłoń. przyjaciół. bliskich, którzy jednym swoim słowem, jednym gestem, dla mnie mogliby być podporą, jedyną, najważniejszą by podnieść się i choćby z najsilniejszym bólem w klatce piersiowej,
podołać i zakończyć z uniesioną głową to co wcześniej rozpoczęłam.
byłeś Ty, jedyny szczegół w którym tkwił jakiś wewnętrzny sens, choć nie widziałam go ani raz,
odczuwałam za każdym razem, gdy tylko bicia dwóch serc, naszych serc,
jakby synchronizowały się wzajemnie będąc zaledwie kilka centymetrów od siebie.
byłeś jednym z tych aspektów mojego życia, które pomimo przegranej po prostu wygrałam.
w zasadzie jednym takim przypadkiem, gdy pomimo porażki, wciąż mam świadomość, że osiągnęłam więcej niż zamierzałam, osiągnęłam coś czego niejeden silny człowiek nie dałby rady. osiągnęłam szczyt życia, w którym dane było mi poznać kogoś takiego jak Ty sam,
rozkochać większą część swojego serca, pozwalając przy tym na wiele błędów,
na wiele niedociągnięć, których z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie żałuję.
dziś wiem, że choć nie miałam Cię tutaj nigdy, obok przy sobie,
skoro przypuszczalnie to puste miejsce przy Twoim boku, choć w części nie było pisane mi,
to miałam Cię w sobie, miałam Cię w sercu, kiedy Ty.. byłeś sercem.

wybacz mi..


spieprzyłem swoją szansę i nie wiem jak ją odzyskać. Zostawiłem w domu telefon i nawet nie wiem co się z nią dzieje, nie wiem czy długo będzie mnie pamiętała, ale kurwa kocham ją najmocniej. A ta zdrada.. nie wiem czym była wywołana, nawet nie wiesz jak waliło mi serce gdy musiałem jej o tym powiedzieć, nie mogłem tego trzymać w sobie i udawać jakby nic się nie stało, ja bym oszalał. Przez te kilka dni bez niej, wariowałem, w zamkniętym pokoju słyszałem echo wypowiadanych przeze mnie słów i tłumaczenia się przed samym sobą, co ja zrobiłem kurwa.. Stoję tak na środku drogi i marzę o tym, by przejechał mnie jakiś samochód, nie ważne jakiej marki, ja wiem, ze ona jakoś by się nauczyła żyć będę mnie, bo jestem skończonym dupkiem. Pada deszcz, jest ciemno, mam 99% szans, ze zaraz zza rogu wyjedzie samochód. Ale uświadamiam sobie, że muszę stąd odejść i wrócić do domu, nie dla siebie, lecz dla niej. Bo wiem, że znajdzie się jeszcze nie jeden skurwiel, który będzie powodem jej łez i brak chęci na cokolwiek. Zszedłem na pobocze, a po pięciu sekundach przejechał samochód ciężarowy, mogło już mnie tu nie być, a cała moja historia by się posypała, a mój duch szeptał by Ci na ucho dobranoc. Wróciłem do domu i położyłem się spać. Rano wstałem bez większego zapału, ubrałem się, ogarnąłem i wyszedłem do szkoły, nigdy nie nauczę się żyć bez niej, wyklinałem siebie w duchu, za to co jej zrobiłem. Na pierwszej lekcji miałem polski, nigdy mnie na nim nie było, zawsze te poranne 45 minut spędzałem z nią, ale wszystko się rozsypało. Po tej lekcji zobaczyłem ją na korytarzu, podszedłem i zacząłem wypowiadać jakieś bezsensowne słowa, które leciały z moich ust, z prędkością światła, zarzuciłem nawet temat o ładnej pogodzie, co było naprawdę głupie, nie wiem czy cokolwiek zrozumiała, ale chciałem znów być blisko niej, dowiedzieć się jak żyje, jak się czuje i co na dziś planuje. Ale nagle zauważyłem, że coś jest nie tak, zawsze jak słyszała mój głos to się uśmiechała, a teraz patrzyła w podłogę i nie odezwała się słowem, podniosłem jej podbródek ku górze i zobaczyłem jej przepłakane i niewyspane oczy i choć były tak piękne, koloru dla mnie tak obcego, które zawsze były tak promienne, teraz widziałem sam smutek i żal do mnie, wargi z krwi, od gryzienia w nerwach, stanąłem jak słup i ogarnąłem się, że prawie wcale nie bije jej serce, obumiera przeze mnie, popatrzyłem jej głęboko w oczy i powiedziałem ‘’kocham Cię’’ widziałem w jej tęczówkach rozpacz i chęć zemsty, jakby chciała mnie zabić, udusić słowami, albo pogrzebać żywcem, ale nie zrobiła nic, tylko powoli się wycofała i odeszła, a ja stałem w bez ruchu kolejne pięć minut, poczym wyszedłem do szatni i zacząłem uderzać pięścią w ścianę jak opętany, krzyczałem ‘’co ja zrobiłem kurwa, jak mogłem mieć aż tak zimne serce.’’ Tęsknię za jej uśmiechem, nawet tym promyczkiem nadziei w jej oczach, wierzyła we mnie zawsze, nawet wtedy gdy każdy już zwątpił.. a ja tak się jej odwdzięczyłem.. tłumaczyłem jej się alkoholem, wmówiłem sobie, że to tylko i wyłącznie wina używki, ale chyba zrobiłem to w zemście, bo w dzień imprezy nie miała dla mnie czasu.. byłem tak głupi, zachowałem się jak dziecko. Teraz już na nic nie mam wpływu. Po szkole wróciłem do domu, tęsknie za nią.. usiadłem do obiadu mimo, ze wcale nie byłem głodny, myślałem o niej i ani kęs jedzenia nie przeszedł mi przez gardło. Wróciłem do mojego pokoju i myślałem o tym wszystkim, ona jest dla mnie czymś więcej niż tylko przelotną miłością.. postanowiłem usiąść do biurka i napisać jej list. Wziąłem długopis do moich roztrzęsionych dłoni i zacząłem pisać jakieś słowa, które przeistoczyły się w szczere zdania. ‘’ kochanie nie umiem Ci tego wszystkiego powiedzieć w oczy, bo gdy widzę w nich ten smutek, to wymiękam, nie jestem w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa, ale ja wariuję bez Ciebie.. wiem, ze nie raz miałaś ochotę wyjść i już więcej nie wrócić, ale ciężko jest się budzić bez Ciebie.. pamiętam ten dzień, w którym szliśmy razem przez park, a ja pierwszy raz chwyciłem Cię za rękę, popatrzyłem na Ciebie i widziałem uśmiech pod tytułem ’w końcu to zrobiłeś, ile można czekać.’ Ale wiesz jaki jestem wstydliwy, bałem się, że zrobię coś nie tak, bądź zrobię coś zbyt szybko niż powinienem. Ten moment, w którym przytuliłaś się tak bardzo mocno, że aż brakowało mi tchu w klatce piersiowej i wyszeptałaś, że mnie kochasz i jestem dla Ciebie wszystkim, to było coś wspaniałego, aż miałem na ciele ciarki, nigdy nie zapomnę tych chwil. Nadal czuję Twój zapach na mojej poduszce, na której kiedyś tu spałaś, i moja koszulka przepełniona Twoim zapachem, w której kiedyś latałaś po mieszkaniu, bo Twoje ubrania się suszyły po deszczu.. Nigdy nie zapomnę tajemnic, które mi powierzyłaś w zaufaniu, nie wiem czy wiesz, ale zostały w głowie tylko dla mnie, mimo wszystko nikomu o nich nie powiem. Nie jestem takim skurwielem na jakiego wyglądam po tamtym zdarzeniu. Zakodowałem sobie w umyśle, że jesteś moim tlenem i bez Ciebie nie mogę oddychać, nie jestem w stanie złapać nawet najmniejszego oddechu, tak zostanie dopóki będziesz daleko, jest możliwe, że nawet do śmierci. Pamiętam Twoje szczęście w oczach, gdy się w Ciebie wpatrywałem i mówiłem, że nawet Bóg nas nie rozłączy, a Ty dopowiadałaś, że jesteśmy parą która przetrwa wieki i zostanie w historii na zawsze. Nie zapomnę także dnia, w którym dosłownie naplułaś mi w twarz i wykrzyczałaś na cały głos ’nienawidzę Cię, zniknij z mojego życia!’ chciałbym cofnąć czas, o te trzy tygodnie i nie popełnić tego błędu, ale nie mam takiej mocy, nie jestem w stanie zrobić niczego. Proszę Cię żebyś małymi krokami próbowała mi wybaczyć, ja od dziś będę się starał najlepiej jak potrafię, z całych sił, by zobaczyć na Twojej twarzy choć nutkę szczęścia. Wiem, że nie wszyscy byliby ze mną gdyby walił mi się świat, ale Ty jesteś tą osobą, która stanie za mną mimo wszystko. Jeszcze raz przepraszam i kocham Cię, wracaj..’’ skoczyłem pisać, wstałem, ubrałem buty i wyszedłem z domu, poszedłem prostu do niej, wrzuciłem list do skrzynki.. nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, chciałem ją już zobaczyć, wpadł mi do głowy pomysł aby pójść do parku, na naszą ławkę.. czekałem tam z nadzieją, że może jednak przyjdzie, lubiła tu przesiadywać, tak samo jak ja, ale szczerze to nie wiem czy nadal cokolwiek znaczy dla niej to miejsce, ta ławka i te inicjały wyryte na niej..  może tylko to zostanie po mnie, bo szczerze, to już stałem się wrakiem człowieka, wiem, że to moja wina, nie winię nikogo.. siedziałem tak w milczeniu i patrzyłem w gwiazdy, ale nagle moje głębokie rozkminy przerwał dźwięk telefonu, wiedziałem już, że to ona, bo na dzwonek miałem ustawioną naszą piosenkę.. odebrałem, ale ona drżącym głosem powiedziała, że przeczytała list i musimy porozmawiać, wyszeptała ‘za 10 minut na naszej ławce’ nie zdążyłem nic odpowiedzieć, bo już się rozłączyła. Było późno około 2 w nocy, a ona chciała tu przyjść sama, a jeśli coś jej się stanie? Minęło już 40 minut, a jej dalej nie ma.. może rodzice nie pozwolili jej wyjść z domu.. a telefonu nie odbiera.. wstałem i poszedłem pod jej dom.. na ulicy przed jej domem była karetka, myślałem, że może zabierają sąsiadkę, która była już dość starszą kobietą. Lecz gdy podszedłem pod jej domu, zobaczyłem jej rodziców, a w ich oczach rozpacz.. zapytałem ‘proszę pani? Co się stało? Niech pani powie, że nic jej nie jest, że jest cała i zdrowa’ głos drżał mi jak nigdy wcześniej.. nie opowiedzieli nic, tylko patrzyli na karetkę.. po czym wyszeptali ‘Ona odeszła.. moja mała córeczka nie żyje..’ nie wiedziałem co ze sobą zrobić.. zacząłem biec przed siebie, jak najdalej stąd, miałem ochotę zniknąć, zapaść się pod Ziemię.. dlaczego właśnie ona, no kurwa dlaczego?! Niczym sobie nie zasłużyła, to powinienem być ja, nie Ona! Zatrzymałem się na moście, tu gdzie ludzie gubili swoje szczęście, a ja znalazłem sens.. w moich oczach teraz zobaczysz niepokój.. nie pamiętam co było dalej.. najebałem się i wróciłem do domu, tylko tyle.. chciałem wtedy skoczyć i skończyć już to, zagrać główną rolę.. dziś jej pogrzeb, ale ja nie jestem w stanie tam pójść, nie mogę patrzeć na nią, taką bladą, bezruchu, niewinną, brak życia w jej oczach by mnie zabił.. minął już jakiś tydzień, jestem gotowy by tam pójść.. muszę iść na jej grób, zostawić kwiaty i powiedzieć jej parę słów, które miałem powiedzieć jej wtedy na ławce, na którą już nie dotarła.. stanąłem przed nią.. zapaliłem znicz, położyłem różę i zacząłem mówić, tak bez sensu jak wtedy na korytarzu.. a łzy stanęły mi w gardle.. bo zacząłem czuć, że naprawdę jej nie ma, i zacząłem się bać.. ‘kochanie, pamiętasz te chwile razem? To co nas łączyło, jest i będzie niezniszczalne, nie chcę już nikogo nowego poznawać, moje życie już powoli się kończy, a płomień na mojej świeczce życia przygasa, jeszcze zaczyna padać deszcz, zaraz przestanie się palić, wiesz? Pamiętasz, nie raz powtarzałem Ci, że jesteś moim serduszkiem? A wiesz.. skarbie.. bez serca nie da się żyć.. to nie jest tak, że jestem tchórzem, choć wiele osób tak pomyśli.. ja po prostu nie jestem jakimś odkrywcą i nie chcę już na nowo poznawać świata, który mnie otacza.. chcę Cię znów zobaczyć..’ usiadłem koło grobu, wyszeptałem ‘kocham Cię, zaraz będę obok Ciebie..’ wyciągnąłem z kieszeni żyletkę, mało ludzi znało mnie naprawdę.. i są także sprawy o których mówiłem tylko Tobie, nikomu więcej.. zrobiłem tylko dwa szybkie ruchy żyletką na nadgarstkach.. zamknąłem oczy i teraz już przestałem się bać.. teraz już wszystko jest spoko, jestem po tej drugiej stronie raju, choć on tak naprawdę nie istnieje.. wchodzę do jakiegoś budynku, jest w nim dziesięć pięter idę powoli do góry, każde mieszkanie jest otwarte i w każdym z osobna widać ludzkie grzechy i ich obojętność.. wyszedłem aż na dach, tam schody do nieba, to nie jest tak, że to strach przed życiem, po prostu do takich decyzji się dojrzewa, jestem gotowy na niebo, chcę być z nią, chociaż tam. Zacząłem wchodzić jeszcze wyżej, ku bram nieba stała ona i strażnik, który powiedział, że nie mogę wejść, bo nie jestem czysty, a obok niego stoi osoba, której zadałem straszliwy ból. Ale ja już jestem czysty i mówię sercem.. widziałem w jej oczach łzy, ale już nie żal, tylko spokój i radość, że znów jestem obok.. gdy złapałem ją za rękę poczułem ulgę.. musze tam wejść i nie ma innej opcji, nic po mnie nie zostało, tylko ciało obok jej grobu.. ufam Bogu.. wiem, że wiele moich słów i czynów, było błędem.. ale tu znajdę spokój, znajdę ją.. popatrzyłem w dół i wyszeptałem ‘’Boże, ja poszedłem za nią na koniec świata’’ bramy mi się otworzyły.. nie wiem czy byliśmy na to wszystko przygotowani, ale weszliśmy razem do raju. Staliśmy się idealną parą, dwójką nieidealnych osób, w raju, który tak naprawdę gościł jedynie w naszych umysłach.

wtorek, 7 sierpnia 2012

brak czegoś..

za oknem pada deszcz, a ja myślę o tym jak inne poglądy na świat podzieliły nas.
teraz moje serce bije samotnie, może byliśmy zbyt zachłanni na siebie,
a teraz milczymy i udajemy idealny stan, bo tak łatwiej. wciąż wierzę,
że to tylko zły sen, ale pragnę Cię mieć teraz, tu.. i wcale nie jest mi łatwiej.
słowa rozdarły ten spokój, ten sens spokojnej rozmowy zmienił się w piekło,
a pragnęliśmy coś zmienić. wczoraj udało nam się zepsuć wszystko, od tak.
zgubiliśmy się we własnych myślach jak na rozstaju dróg,
utopiliśmy się w jeziorze nieporozumień. walczyłem zawsze z całych sił,
a teraz poddałem się i przestałem iść pod wiatr, nabrałem odwagi i odwróciłem się,
teraz znów idę tak jak każdy z ludzi, nie mam już siły, brak mi tchu..
jeden moment był wstanie zmienić wszytko i teraz już w oczach zgasł ten radosny płomień,
i życie powoli traci ten słodki smak, daje oznakę goryczy, tak się dzieje,
gdy w sercu zabranie któregoś z podstawowych elementów..

niedziela, 5 sierpnia 2012

by być, by mieć dla kogo.

już dość późno, za oknem księżyc blaskiem kreśli swoje odbicie, pusta ulica,
jest tak cicho jak nigdy wcześniej. otulam się kocem, w dłoń biorąc kawałek kartki i długopis,
znów mam ochotę przelać to wszystko na papier, wyrzec się uczuć,
choć na chwilę poczuć się lepiej. nie wiem jak zacząć,
jakie słowo będzie stosowne, by chwilę po nim złożyć ciąg kolejnych.
wiesz, chyba czuję, że wciąż spadam, że wciąż nie daję sobie rady,
że nie potrafię tak jak wcześniej z sercem oddać w słowach wszystko to czego pragnę, czego potrzebuję. powód? nie jestem pewna, czy istnieje jakikolwiek, być może to Ty w jakimś stopniu zamieszany jesteś cały ten syf uczuć, życia. być może właśnie dziś, kiedy nie ma Cię przy mnie,
nie potrafię sprostać temu jak jest, odłożyć na bok telefon, nie czekać. zamknąć oczy i zasnąć,
a rano na nowo obudzić się wraz z pierwszymi promieniami słońca, ostrożnie przebijającymi żaluzje.
wiem, że tęsknisz w ciszy i wrócisz, kiedy tylko uznasz,
że nie jesteś w stanie już dłużej trzymać w sobie tego, jak bardzo kochasz.
wiem, że damy radę, a gdy już nam się uda, zyskamy wiarę w końcowy sukces.
wierzę.. wierzę, że warto, że żyjemy po to by stawać się lepszymi, nie idealnymi, bo pamiętasz?
- tutaj nie ma ideałów, za to jesteśmy My, dwoje nieidealnych razem tworzących idealną całość.

środa, 1 sierpnia 2012

jak to ogarnąć..

nadchodzi wieczór, siedzę sam, jak zwykle, od jakiegoś czasu nie mam ochoty na kontakty z kimkolwiek.. jeszcze dwa tygodnie temu było idealnie, raj na Ziemi. byłem gdzieś powyżej gwiazd. a teraz spadłem w dół, całe niebo spadło w dół, złączyło się z piekłem. moje noce są bezsenne, bo sen nie przynosi mi odpoczynku, to jeszcze gorsza męka.. gdy tylko zamknę oczy widzę ją.. jest piękna.. taka idealna.. zapatrzony jestem w nią jakby była jedyną kobietą na świecie. ale niestety to tylko sen, bo ona mnie już nie chce, udaje, że mnie nie zna, ja dla niej nie istnieje.. ostatnio miałem dziwny sen..  Ziemia rozstąpiła się w pół, z czarnej otchłani słyszałem głos, przez który po ciele przechodzą ciarki, taki zimny, oschły, w którym brak życia. zapytał czy chciałbym z powrotem moją miłość.. drżącym głosem odpowiedziałem ''tak.. o niczym innym nie marzę..'' bałem się, bo nie wiedziałem co się dzieje.. chciałem żeby to się skończyło, szczypałem się po ciele, by wybudzić się już z tego koszmaru, ale to nic nie dawało, bolało, nic więcej.. już nie wiedziałem czy to prawda, czy tylko moja wyobraźnia.. dlaczego w kolejny raz, chyba po raz milionowy jest poruszany temat jej.. tej która dla mnie do końca życia będzie tą jedyną, dla której oddałbym wszystko i nawet jeśli po jakimś czasie miało się to okazać błędem to ja bym nie żałował.. miałem już tego dość.. wtedy ten głos znów przemówił.. ''ale wiesz, że trzeba będzie zmienić bieg przeznaczenia? a do tego jest mi potrzebna Twoja dusza.'' ja stałem jak zamurowany i nie odpowiedziałem ani słowem.. po chwili powiedział ''masz 61 sekund na podjęcie decyzji, a potem stracisz swoją szansę'' stałem i nie miałem pojęcia co mam zrobić.. jaką podjąć decyzję, przecież wiem jaki mam cel, odzyskać ją.. ale w jaki sposób.. czy on nie zrobi jej krzywdy..? przecież nigdy bym sobie tego nie wybaczył.. boli mnie głowa, chcę się już obudzić.. popatrzyłem na zegarek i zobaczyłem, że minęło już 59 sekund, bez większego zastanowienia odpowiedziałem mu ''chcę odzyskać sens życia, zwróć mi serce, a ja oddam Ci duszę..'' szeptem odpowiedział ''gdy się obudzisz ona znów będzie obok, ale jeśli to skończy się tak jak poprzednim razem, Twoja dusza i tak będzie moja, masz teraz swoją szansę, czas na zmienienie swojego życia''. Ziemia zaczęła się zapadać, a ja zacząłem biec przed siebie, nie parząc w tył, ale nie zdążyłem, spadłem w dół i nagle obudziłem się przerażony, tak jak to zawsze gdy śniło mi się, że spadam w przepaść.. byłem cały spocony, rozglądałem się po pokoju, zobaczyłem, że w łazience świeci się światło, wyszła z niej ona.. taka uśmiechnięta.. i zapytała tym swoim delikatnym głosem ''koszmar kochanie?'' ja tylko przytaknąłem głową z nie mogłem w to uwierzyć, że znów jest przy mnie.. wtedy zapytałem jej co się stało, że do mnie wróciła, przecież odeszła i powiedziała, że nie wróci już nigdy.. ona popatrzyła na mnie jakbym był jakiś chory.. i odpowiedziała ''nie masz gorączki kochanie? przecież nigdy się nie rozstaliśmy, to na pewno był tylko sen, ten koszmar, z którego właśnie się wybudziłeś ze łzami w oczach..''. czyli to wszystko było tylko snem, te pobudki bez niej, te nieprzespane noce, tęsknota i mój płacz, wołanie o pomoc.. to był tylko kilku godzinny sen, a nie miesiące.. nienawidzę snów, ale także je kocham, bo potrafią niesamowicie zmienić człowieka i jego postępowania.. uśmiechnąłem się, pocałowałem ją w czółko i tuliłem do samego rana, patrząc jak słodko śpi, ja nie chciałem już zasypiać, miałem dość tego jakie moja głowa płata mi figle. to na prawdę niesamowite..

to nie wszystko..

środek nocy, tak tu ciemno i dość pusto,
ogrzewając dłonie kubkiem ciepłego kakao, siedzę pod kocem i wciąż marznę.
wiesz, chyba mam ochotę porozmawiać, o tym wszystkim i zarazem o niczym.
na wstępie chciałam zapytać co u Ciebie? pewnie jest dobrze i wszystko się układa? tak, mam taką nadzieję. wybacz, że piszę do Ciebie po tym jak wiele minęło, być może nie powinnam,
ale ostatnio to słowa stały się moją jedyną bronią, i to one ciągną za sobą uczucia,
które siedzą gdzieś wewnątrz każdego z nas chcąc notorycznie wydostać się na zewnątrz.
staram się w nie nie wplatać, omijać okrężną drogą, lecz po prostu,
niekiedy nie wychodzi mi to tak idealnie jak by się wydawało, wiesz?
uczucia, jak takie maleńkie komórki, mam ich w sobie niezliczenie wiele, one żyją we mnie, czuję je,
choć tak naprawdę chyba nie potrafię ich wyrażać. zamykam je w sobie, duszę to wszystko głęboko,
często tak długo, aż odczuję, że są martwe.
w tej chwili, mógłbyś zapytać dlaczego wciąż to robię.
to kwestia przyzwyczajenia, parę doświadczeń życiowych, blizny przeszłości,
skupisko syfu, może trudno pojąć myśli, te pomijane marginesy, bo to coś co posiadam, to uodporniony mięsień serca bezwzględnie kierujący całą resztą.
to on zatrzymuje mnie, nieraz  nie pozwalając na kolejny ruch, tylko dlatego, że wie co to ból, wie co to bezradność, wie, że zbyt często sobie nie radzę..
dziś, chciałabym tylko żebyś wiedział, że uczucia to nie wszystko co posiadamy, że choć podobno są najważniejsze, choć górują ponad większością spraw, nie zawsze są tak traktowane,
że zbyt często po prostu są pomijane. kieruj nimi jak trzeba, ucz się stawiać im granice,
kreuj własny system, a patrząc wstecz nie żałuj tych nieokazanych, odłóż je na bok,
to nieważne, ważne są te, które są teraz w Tobie, które wciąż pulsują.. i zwyczajnie.. daj im żyć.

poniedziałek, 30 lipca 2012

na wieki.

pusto, już nie leżysz obok w łóżku, gdy budzę się rano.
codziennie rano Twój dotyk mnie budził, dziś budzi mnie jedynie ten zimny budzik.
idę ulicą, a ludzie na mnie patrzą i widzą tylko szarą dusze, bo obumarło już ciało.
kiedyś miałem serce, ale jakiś czas temu wyparowało, a przecież ja chciałem tylko tu normalnie żyć,
spokojnie z prądem iść. pamiętasz tą miłość? ja pamiętam wszystko. poza Tobą nic nie miałem.
byłaś moim sercem i żyłem, i cieszyłem się każdym dniem. wciąż kroczyłem dalej,
a inni w miejscu stali.
teraz stoję ja. słyszę coś w tle, patrzę za siebie, myślałem, że to Twój głos, a to tylko radio.
ukazało dokładnie to co mi w duszy grało, melodię cierpienia i śmierci.
już nic żywego we mnie nie zostało.
melodia ta ukazywała naszą historię, nasza piosenka,
na wieki wieków.
pozostanie w umyśle, pokaże uczucia i poda argumenty przez które warto żyć.
Kocham Cię.
może przyjdziesz tu i spędzimy znów razem choć jedną chwilę.
bez Ciebie nigdy już nie będę umiał żyć,
nigdy już nie będę w stanie wziąć oddechu. wiesz, bo ja żyję tym co było,
chcę z powrotem tą miłość.
pamiętasz dwie połówki, których nikt nie był wstanie rozdzielić.
straciłem kogoś kto wszystkim dla mnie był,
dziś nadal jest, a ja co sekundę od nowa tracę sens życia. może jeszcze spotkamy się w niebie,
ale teraz spadam w dół, na dno, nie wiesz jak to jest nie mieć nic. nie mam żalu do Boga,
bo on wie co dla Ciebie najlepsze. wiem, że teraz wziął Cię w swoje progi, byś oddanie mu służyła,
stworzył nowego anioła, zabrał Cię tam byś mogła mnie pilnować, bym nie zrobił nic głupiego,
abym nauczył się żyć. dzięki Tobie byłem szczęśliwy. bez wahania się mogłem powiedzieć,
że czułem się jakbym był trzy metry nad niebem, a bez Ciebie jestem trzy metry pod Ziemią.